niedziela, 31 stycznia 2016

Śmierć Rogera Gower

W ostatni piątek stycznia w wyjątkowych okolicznościach zginął wyjątkowy człowiek. Roger Gower, onegdaj księgowy a od niedawna pilot, zginął od jednej kuli wystrzelonej przez kłusowników słoni, która dosięgnęła go, kiedy pilotował swój helikopter nad Tanzańskim buszem.

Rogera poznałam w aeroklubie w Nairobi. Od razu ujął mnie jego uśmiech i pewna nieśmiałość. Zaczęliśmy rozmowę. Uśmiech został, a nieśmiałość rozwiała się kiedy rozmowa zeszła na pilotaż. Dla lotnictwa Roger zostawił dobrą, acz nudną, posadę w Londynie. Trudno było patrząc na wysportowanego i opalonego młodzieńca wyobrazić sobie go ślęczącego przed monitorem w jakimś  zatęchłym biurze, sumującego kolumny liczb. Dużo naturalniej wyglądał za sterami helikopterów, które przez ostatnie cztery lata pilotował dla prestiżowej firmy lotniczej Tropic Air.

Wyszliśmy razem na płytę lotniska podziwiać nietypowy samolot, De Havilland 60 Moth z 1935 roku którym właśnie do Nairobi zawitał lotnik-podróżnik, Johan Wiklund. Johan pozwolił mi usiąść za sterem, a Roger zrobił mi zdjęcie.

Roger nie został w aerokubie długo, śpieszno mu było do Tanzanii, gdzie właśnie zaczął nową ekscytującą pracę. Miał latać helikopterem dla Friedkin Conservation Fund, funduszu zajmującego się ochroną przyrody w Tanzanii. Z ogromnym entuzjazmem opowiadał o osiągnięciach tej organizacji, założonej przez Dana Friedkind z Teksasu, po to aby chronić ponad 6 milionów akrów dziewiczych terenów w Tanzanii. Fundusz za cel stawia sobie takie zagospodarowanie tych odległych terenów, aby miejscowa ludność mogła żyć w zgodzie z zagrożonymi gatunkami zwierząt, jednocześnie rozwijając się, edukując i bogacąc.

Jednym z głównych zadań funduszu jest walka z kłusownikami, którzy stanowią jedno z największych zagrożeń dla słoni i nosorożców żyjących jeszcze na wolności. W dzisiejszych czasach kłusownictwo jest iście biblijną plagą. Przez ostatnie pięć lat Tanzania straciła ponad dwie drzecie populacji swoich słoni! W samej RPA nosorożec ginie od kul co osiem godzin! Jest to zmora napędzana przez chciwość i ignorancję. Ignorancję kupujących kość słoniową i rogi nosorożców, dla statusu i z mylnego przekonania, że te składniki wyleczą raka albo zagwarantują męską potencję. Chciwość zorganizowanych przestępczych gangów, które w iście mafijnym stylu planują masowe rzezie zwierząt dla ich kłów i paznokci (bo róg nosorożca to nic innego niż keratyna, z której nasze paznokcie są zbudowane). Dzisiejsi kłusownicy to nie są wygłodniali Afrykanie, którzy próbują utrzymać rodzinę lub trzymać słownie z dala od swoich pól. To są międzynarodowe gangi, z nowoczesną bronią i skomplikowaną organizacją, z którymi heroicznie ale z trudem walczą afrykańskie rządy i organizacje.

Ale jak na ironię, Roger nie był bezpośrednio zaangażowany w walkę z kłusownikami. Jego zadaniem był tylko transport turystów i VIPów odwiedzających tereny fundacji. Tego feralnego dnia przypadkiem natknął się na grupę kłusowników, którzy otworzyli do niego ogień zanim zdążył nawet pomyśleć o jakimś uniku. Kula, prawdopodobnie z ciężkiego sztucera na słonie, taki jak kaliber .585, bez oporu przeszyła stalową podłogę helikoptera. Weszła Rogerowi w nogę, i przeszła przez całe ciało, wychodząc w okolicach szyi. Roger nie miał żadnych szans. Wykrwawił się na śmierć w przeciągu paru minut. Ale zanim umarł zdołał ostatkiem sił wylądować helikopter na tyle bezpiecznie, aby uratować swojego pasażera.

Roger zginął niepotrzebną, przypadkową śmiercią w heroicznej walce, którą o uratowanie tego co jeszcze zostało z piękna i różnorodności świata, prowadzą wyjątkowi i odważni ludzie.

Będzie nam go brakować. RIP.





poniedziałek, 18 stycznia 2016

Jak dobrze jest wiosną podumać nad.... Ewaso


Znaleźć w Afryce rzekę w której nie roi się od krokodyli, hipopotamów albo jakiś strasznych bakterii nie jest łatwo, ale na szczęście mamy Ewaso Ngiro. Wielka brunatna, szeroka i wartka, i całkowicie bezpieczna. To jest właśnie Czarna Rzeka, bo tak się jej nazwa tłumaczy z języka Masajów.

Rzeka Ewaso Ngiro
Miejsc na obozowisko jest tu sporo, wystarczy jechać brzegiem i co jakiś czas jest zjazd nad rzekę. Jesteśmy dość wybredni i dopiero kiedy napotykamy 12 spokojnie pasących się żyraf decydujemy, że to jest właściwe miejsce. Rozbijamy obóz już po ciemku, przepłaszając ogromną sowę z niepoważnie różowymi powiekami. Mało co widać za to dużo słychać, ptaki: małą sowę, także zawodzącą synogarlicę żałobną*. No i drapieżniki, na szczęście daleko. Najpierw słyszymy samotnego lwa a potem hieny.

Z tymi hienami to trzeba uważać. Ja je lubię, ale wieczorem, smażąc na ruszcie kiełbaski, Bongo, mój przyjaciel, opowiada mi przerażające o nich historie.

Żyrafa masajska, osobniki w
Magadi są wyjątkowo wysokie
„Niedaleko stąd, na uskoku ryftu Nguruman co roku amerykańska organizacje, NOLES National Outdoor Leadership School, organizowała kursy dla młodzieży. No wiesz, takie tam ‘bush experience’, z marszami, campingiem. Słonie czy lwy zwykle ignorują namioty, traktując je trochę jak skały więc w środku jesteś bezpieczny nawet jeśli wokół niego krążą, węsząc. Ale pech chciał, że jedna dziewczyna, usłyszawszy taki hałas, postanowiła sprawdzić, co się dzieje. Na czworakach wyczołgała się z namiotu, prosto na taka węszącą hienę. To instynkt, hiena zaatakowała najbliższą część ciała i odgryzła jej pół twarzy. Na szczęście niedaleko był miejscowy chirurg, włoska primadonna, Dr Landra, więc ją zaszył i dziewczyna żyje” – mówi Bongo.

Na szczęście są w buszu
też przyjemniejsze zwierzątka
Czyli przy drapieżniku najlepiej się nie ruszać. Trochę tak jak z pawianami, które też słyszymy wokół. Ewidentnie moszczą się na noc, w drzewach nad rzeką są bezpieczne. Przynajmniej teoretycznie. Na drzewie nic pawiana nie dosięgnie, ale lamparty, których też jest tu pełno, mają na to sposób. Mimo że, lamparty świetnie chodzą po drzewach to z jakiegoś powodu polują tylko na ziemi. Aby złapać pawiana, siadają pod pawianim drzewem, podnoszą łeb do góry i po prostu patrzą. Duże pawiany siedzą spokojnie wiedząc, że są bezpieczne, ale małe pawiany panikują. Lampart czyhający pod ich drzewem to za dużo na małpie nerwy i młode uciekają, często na ziemię, prosto w paszczę.

Kobieta masajska idąca drogą
Przyznam, że tylko trochę jest mi ich żal. Pawiany w oddali są nawet zabawne, skacząc i bawiąc się jak ludzie, ale z bliska to już nie są miłe. Są agresywne a ich zęby, żółte i ostre, są przerażające. Generalnie boją się ludzi, ale nie jeśli są z nimi oswojone. Wtedy biada temu, kto stanie między pawianem a tym, czego sobie pawian życzy. Na szczęście są inteligentne i kiedy człowiek schyli się po kamień albo patyk to nawet nie musi go używać. Chyba, że jest kobietą, bo co ciekawe, pawiany rozróżniają ludzkie płcie i niestety dla kobiet mają bardzo mało szacunku, nie bojąc się ich nic a nic. Opowiadał mi o tym mój przyjaciel Charlie, który chciał dać zatrudnienie kobietom z wioski, zlecając im pilnowanie jego pola kukurydzy. Po paru dniach musiał nolens volens zatrudnić mężczyzn, bo pawiany tylko drwiły sobie z obecności kobiecych strażników. Ciekawe czy dałyby się nabrać na kobietę z spodniach?

Jezioro Magadi
Ale wracając do naszej rzeki. Nie ma nic przyjemniejszego niż leniwy weekend nad Ewaso. Co prawda, by tam dotrzeć trzeba jechać po koszmarnych drogach 3 godziny do Magadi, surrealistycznych sodowych jezior, pełnych flamingów, które być może mimo swojego księżycowego uroku były by ładne, gdyby nie wielka kopalnia sody, która góruje nad równiną. A potem kolejna godzina na zachód przez suchą sawannę do mostu na Ewaso. Przejeżdzamy go i już jesteśmy na terenie Olkirimatian Conservancy.

Olkirimatian jest rezerwatem, którym dla dobra ogółu zarządza wspólnota tam mieszkająca. Masajowie. Dwóch z nich, Dan i Cisco (tak właśnie: jest nazwany na cześć firmy komputerowej), przyjeżdża do nas rano na motorze. Dan jest starszy i ubrany po Europejsku, Cisco nosi tradycyjną shukę, czyli czerwony kocyk w kratkę zawinięty niczym toga wokół jego gibkiej postaci. W ręku trzyma rungi i mkuki, buławę i dzidę, niezbędne atrybuty moran, czyli wojownika. Ale pozory są mylące, to Cisco mówi płynnie po angielsku, a Dan woli tradycyjnie w kiSwahili.

Przyjechali pobrać od nas opłatę za camping, ale nieładnie by było od razu przystępować do rzeczy, więc na początek pytają jak nam się spało i czy widzieliśmy już jakieś słonie. Podobno niedaleko przechodziła grupa ponad 100 osobników. Obserwujemy razem przepięknego zimorodka, który usiadł na gałęzi nad nami i szczebiocze. Mówią nam, że w języku masajskim to … W końcu przechodzą do rzeczy.

Opłaty są następujące:
Camping: $5 os/dzień
Rezerwat: $10 za osobę
Samochód: $2 os/dzień

Autorka nad wodą
Zostajemy zupełnie sami, aby cieszyć się tym co Ewaso oferuje: cieniem i chłodną wodą, wśród dziewiczego buszu. Siedzimy w korzeniach ogromnego figowca, nogi zanurzone w rwącej wodzie, w jednym ręku cydr, w drugim książka. Ale nie łatwo się na niej skupić, bo szmer wody i świergot ptaków usypia. Świergoczą jaskółki, zimorodki i żołny**. Nieustannie kłamie też kukułka, której charakterystyczne zawołanie przekłada się tu na it-will-rain, i uważane jest za zwiastun deszczu. Ale na niebie żadnej chmurki, tylko błękit i białe słońce. Błogą zadumę przerywamy tylko po to, aby wskoczyć do rzeki. Prąd jest tak bystry, że obraca nas na wszystkie strony i znosi daleko. Ale na tym właśnie polega zabawa. Jeśli ma się starą dętkę od ciężarówki można spłynąć Ewaso na całej jej długości od mostu do mostu, ponad 20 kilometrów. Taki mamy plan na marzec…



Na zdrowie!



* Dla miłośników ptaków to Verraux Egle Owl, Pearl Spotted Owlett i African Mourning Dove
** Oraz African striped swallow, grey headed kingsfisher, beautiful bee-eater oraz red-chested coockoo i 

wtorek, 12 maja 2015

Nairobi tonie

Leje. Od dwóch dni w Nairobi pada nieprzerwanie. Niby powinno, bo to pora deszczowa. Ale takiego urwania chmury jak wczoraj w nocy, nigdy - jak żyję - nie widziałam, a i starsi ode mnie Kenijczyczy zapewniają, że to nie są normalne deszcze! Padło ulewnie całą noc - bite 8 godzin - przez dwa dni i ulice wyglądają teraz tak:

Większość ulic w mieście jest zalana i nieprzejezdna. Mieszkańcy stali w całonocnych korkach, patrząc bezradnie jak woda wokół nich przybiera w zastraszającym tempie.

Mi udało dostać się do domu zanim rozpadało się na dobre. Całe szczęście bo mój mały samochód - Toyota Starlet - nie działa podczas deszczu i gdyby choć odrobina wilgoci dostała się do silnika mój pojazd wyglądałby teraz jakoś tak:
Przyjaciel miał dołączyć do nas na obiad wczoraj wieczorem. Zadzwonił, że może się spóźnić. Nikt się nie spodziewał, w co się wpakował. Gdy po obiedzie kładliśmy się spać, on wciąż stał w tym samym miejscu z którego dzwonił do nas cztery godziny wcześniej...

Inny uczestnik wczorajszego obiadu wyszedł na chwilę z parasolem do sklepu po drugiej stronie drogi. Wrócił przemoczony... od pasa w dół. Niczym bohater kreskówki, idąc przez kałużę wpadł do otwartej i nieoznaczonej studzienki kanalizacyjnej zapadając się w nią po pas! Gdyby był chudszy, pewnie wpadł by po szyję albo całkiem się w niej utopił! Na szczęście przeżył, a i reklamówkę z butelką wina udało mu się uratować.

Nairobi powinno być przygotowane na ulewy - w końcu pora deszczowa zdarza się tu dwa razy do roku. Ale problemem jest przestarzała infrastruktura drogowa w większości wciąż pozostałość z kolonialnych czasów. A nowe drogi budowane są na szybko i byle jak - przez chińskich wykonawców, których zaletą jest cena a nie jakość wykonywanych usług. Dlatego nawet nowe ronda wyglądają po deszczu tak:



To rondo jest tuż przy moim domu i muszę przez nie codziennie przejeżdżać. Wygląda na to, że dziś nigdzie nie pojadę i jestem uwięziona w domu. To i tak mała niedogodność w porównaniu z tym przez co inni muszą przechodzić - przez poniedziałkowe deszcze 10 osób zginęło, a dziesiątki innych są bez dachu nad głową. Kiedy pada, ustają też dostawy prądu. Jedyne pocieszenie, że takie ulewy utrudniają życie wszystkim niezależnie od pozycji, zawodu czy dochodu - co jest niezwykle istotne w kraju takim jak Kenia, gdzie problemy rozwiązuje się tylko jeśli dotykają polityków bezpośrednio. Jedno jest pewne, przez następne parę dni Kenijczycy nie zostawią na swoich politykach suchej nitki.


piątek, 8 maja 2015

Co wypić w Kenii

Jeśli męczyć będzie Was pragnienie w kenijskim gorącym klimacie, oto co macie do wyboru:

Coca-Cola 
Nie ważne jak daleko od 'cywilizacji' będziecie się znajdować ZAWSZE znajdziecie sklepik sprzedający coca-colę. Korporacja inwestuje miliony w promocję swojej marki i jej dystrybutorzy w zamian za upusty zachęcają do malowania ścian sklepów w kolory coca-coli. Dlatego większość kiosków w Kenii wygląda tak:

Coca cola jest tania (90 groszy za 30 ml) bo sprzedaje się ją tutaj przeważnie w szklanych butelkach, i klient wypija ją na miejscu. Depozyt jest droższy niż sam napój. Coca cola ma ponad 30 rozlewni w Afryce. Ostatnio otworzyła jedną w Mogadishu w Somalii - jednym najniebezpieczniejszych miast na Ziemi. Korporacja to już największy pracodawca w Afryce, a firma planuje wydać 12 miliardów dolarów na dalszą ekspansję.

Piwo
Poza coca-colą to najbardziej popularny trunek. Na rynku pełno j
est różnych marek, głównie miejscowych. Prym wiedzie na pewno piwo Tusker, z charakterysyczną żółtą naklejką ze słoniem - piwo nazwane zostało na cześć założyciela browaru, który zginął w latach 20tych zabity przez słonia podczas polowania. Inne popularne marki to White Cap (z wizerunkiem Mt Kenya), Pilsner i wariacje na ich temat, takie jak light czy malt. Wszystkie smakują tak samo.

W supermarketach można dostać także piwa importowane, przeważnie Heineken, Desperado, Carlsberg czy Bud Light. Chociaż do Kenii nie przyszła jeszcze moda na mini-browary i wyszukane piwa, ten rynek powili się tworzy. Brew Bistro jest na razie jedynym miejscem gdzie można dostać niestandardowe i smaczne piwa warzone na miejscu.

Chang'aa, czyli "Zabij mnie szybko"
Co nie znaczy, że Kenijczycy nie warzą alkoholu sami. Choć jest to oczywiście nielegalne, tradycyjne piwa, wódki i wina produkuje się w slumsach i na prowincji w ogromnych ilościach. Rząd stara się od lat ukrócić ten proceder, ale bezskutecznie.

Najniebezpieczniejszym z tych domowych wywarów jest changa'aa. W sheng, czyli języku slumsów, znaczy to zabij mnie szybko i tak też się często dzieje. Chang'aa to wyjątkowe świństwo. Produkowana przez gangi w slumsach Mathare i Kibera, ta wódka potrafi oślepić, sparaliżować albo zabić. Jest mocna, tania i produkowana w strasznych warunkach: woda pobierana jest ze ścieków przepływających przez slumsy, a do przyśpieszenia destylacji używa się paliwa lotniczego albo płynu do balsamowania, ukradzionego z kostnicy! Policja podczas rajdów znajdowała w beczkach takie niespodzianki jak szczury lub damskie staniki. Nie ma dokładnych danych ile osób ginie lub traci wzrok co roku z powodu konsumpcji kenijskiej wódki ale niemal co roku gazety donoszą o przypadkach masowych zatruć.

Smaczniejsze i, nieco mniej toksyczne, są miejscowe piwa i wina, warzone z czego popadnie, ale najczęściej z bananów albo kokosów. Różnica pomiędzy piwem - pombe - a winem - tembo - często jest umowna, ale generalnie piwo się warzy, czyli podgrzewa przed fermentacją, a wino fermentuje 'na zimno'. Pije się je przeważnie przez słomkę - często po prostu kawałek słomy, czy trzciny - bo nie jest to klarowny trunek. Mimo że nie jest tak mocny jak chang'aa, i tak uderza do głowy - czego opłakane skutki poznałam na własnej skórze, o czym możecie przeczytać tutaj.

Kawa, herbata czy koktajl? 

Jak na 'tropikalny' kraj przystało Kenia może pochwalić się bardzo dobrymi sokami owocowymi, świeżo wyciskanymi z mango, bananów, ananasów, marakui, czy pomarańczy.

Na wybrzeżu moim przysmakiem jest woda kokosowa, pita prosto z kokosa, którego za 20 kSh (30 groszy) można kupić prawie wszędzie. Sprzedawca wielką maczetą odłupuje czubek i  wkłada do środka słomkę. Woda kokosowa jest delikatnie słodka i bardzo ożywcza. Po wypiciu zawartości wydłubuje się galaretowaty, biały miąższ, który jest równie pyszny.

Można też do kokosa dolać rumu i nałożyć lodu i miodu, z czego powstaje wyborny drink. Inną miejscową specjalnością - dla turystów bo wybrzeże jest w większości Muzułmańskie i niepijące - jest cocktail zwany dawa, czyli lekarstwo. Ale niech was nazwa nie zmyli - dawa jest niezbyt zdrowa, ale słodka i pyszna. Przygotowuje się ją z wódki, miodu, lodu i limonki - a przepis możecie znaleźć tutaj.

Przy zachodzie słońca, zgodnie z kolonialną tradycją, pije się sundowner, przeważnie dżin z tonikiem - jak wiadomo najlepszym lekarstwem na malarię;)

Kawa, mimo że uprawia się ją w Kenii, pita jest byle jak, głownie z sieciowych kawiarniach imitujących Starbucks. Powoli trend ten się zmienia i w wielu dobrych restauracjach można dostać porządną, dobrze zaparzoną, aromatyczną kawę.

Herbata jest zawsze słodka i mleczna. Często tak mleczna, że trudno się w niej dopatrzyć choćby śladów herbaty. Na prowincji, warzy się ją w garnku, od razu z mlekiem i cukrem, i stawia w termosach na stole. Kto chce - tak jak ja - napić się czarnej herbaty musi prosić o chai ya rangi (kolorowa herbata) albo chai trungi (od angielskiego 'true', czyli prawdziwa).


wtorek, 5 maja 2015

Co zjeść w Kenii

Kenia nie słynie ze swojej kuchni, ale to nie znaczy, że nie da się tu smacznie zjeść. Kulinarnie Kenię można podzielić na dwa regiony: wybrzeże i interior. Kuchnia nadmorska, zwana Swahili, jest wykwintniejsza, lżejsza i bardziej aromatyczna. Dania składają się przeważnie z ryżu i darów morza: ryb i frutti di mare: krabów, krewetek, ostryg i ośmiornic, ostro przyprawionych egzotycznymi arabskimi przyprawami. Kuchnia wewnątrz lądu to kuchnia rolnicza, bogata w skrobię, pożywna ale niezbyt urozmaicona. Główne składniki to mąką kukurydziana, kartofle, fasola, kapusta. Czyli jak w domu. Mięso: tradycyjnie od święta, głównie kurczaki i kozy, a dla zamożniejszych: krowa lub, na północy... wielbłąd.

Oto niektóre z ulubionych dań Kenijczyków:
Ugali

Ta papka z mąki kukurydzianej i wody to podstawa miejscowej diety. W innych regionach zwana posho albo sima, sama w sobie jest całkiem bez smaku ale z fasolą albo dobrym supu, czyli sosem jest całkiem znośna. Je się ją palcami (prawej ręki, lewa jest do toalety!), maczając w sosie. Tradycyjnym dodatkiem jest sukuma wiki, czyli podgotowana mieszanka różnych łodyg, kapusty, szpinaku czy.. pokrzyw!

Nyama Choma
Sukuma wiki w Swahili znaczy 'ma starczyć na tydzień', bo jest to danie dla biednych mas. Zamożniejsi Kenijczycy, zwłaszcza w weekend, lubią podjeść sobie nyama choma, czyli dosłownie pieczone mięso. Specjalne restauracje - często połączone ze sklepem mięsnym - wywieszają kawały mięsa na widoku tak, aby klient mógł wskazać, jaką porcję sobie życzy - żeberka krowie, przednią nogę owcy, albo tylną kozy. Klienci, przeważnie w dużych grupach siadają przy komunalnych stołach i czekają, często nawet dwie godziny, rozmawiając i pijąc piwo, aż mięso się 
upiecze.

Kelner przynosi pieczeninę do stołu i kroi na drobne kawałki na oczach gości na desce. Wysypuje kupkę soli obok i tyle. Każdy biesiadnik chwyta wypieczone kawałki, palcami oczywiście, macza w soli i połyka. Popija piwem.

Dodatkiem mogą być frytki, ugali lub gotowane warzywa. Ale nie może zabraknąć najważniejszego dodatku, ostrej sałatki kachumbari.

Kachumbari
Kachumbari to jedyna potrawa kenijska, którą regularnie sama robię w domu. A to dlatego że jest bardzo prosta: drobno pokrojone pomidory, cebula, odrobina kolendry i DUŻO zielonej papryczki chili. Sól do smaku.

Githeri i Mukimo
Ostatnio szałem stało się kolejne całkiem smaczne danie, tradycyjnie utożsamiane z rolniczymi plemionami mieszkającymi wokół Mt Kenia, githeri. Jest to po prostu mieszanina różnych rodzajów fasoli, gotowanych z solą do smaku. Jeśli do nich doda się puree ze słodkich ziemniaków lub bananów i trochę warzyw, taką papkę nazywa się mukimo. Zamożni Kenijczycy, którzy zaczynają dbać o linię i zdrowie, odstawiają dania mięsne dostrzegając znaczenie tego dania bogatego w błonnik i witaminy.


Rolex
U nas Rolexy przeważnie są w Chin, a do Kenii przyszły z Ugandy. Jest to danie z ulicznych garkuchni, proste do przyrządzenia i smaczne. Miejscowy naleśnik, a właściwie podpłomyk, czyli placek z mąki, smażony jest wraz z omletem z jajek, pomidora i zielonych papryczek chili. Zawija się je razem, stąd rolex od angielskiego słowa to roll, i podawany jest w kawału gazety i jedzony jak hot-dog, czasem z katchupem.



Masz babo... chapati
Chapati to po prostu podpłomyk, którego używa się w rolexach, a także jako dodatek do innych dań. Placek przyszedł do Afryki z Indii i Sri Lanki. Wymaga strasznie dużo rozwałkowywania i oleju. Zwany także roti.

Samaki ya Swahili
Na wybrzeżu je się nieco inaczej. Królują tutaj egzotyczne przyprawy i mleczko kokosowe. Przyprawia się nimi głównie ryby, przyrządzane na mnóstwo różnych sposobów. 

Samaki to z arabskiego ryba. Najpopularniejsze to morski red snapper, czyli lucjan, lub słodkowodna tilapia. Ale w Kenijskich wodach można spotkać też tuńczyka, baracudę, makrelę, żaglicę czy marlina. I oczywiście rekiny. O połowach, legalnych i nie, możecie przeczytać tutaj.

Znaczna ilość przypraw dostępna jest niedaleko, sprowadzana z orientalnego Zanzibaru. Tam uprawia się pieprz, cynamon, gałkę muszkatałową i goździki. Nie może też zabraknąć curry, czyli mieszanek różnych innych przypraw - musztardy, kardamonu, kminku, kurkumy, czy kolendry - zmieszanych z drobno sproszkowanym chilli.

Dania kuchni swahili są bardzo smaczne i warto zrobić je w domu. Parę przepisów można znaleźć na tym blogu.

Ngamia
Czyli po prostu wielbłąd. Jedzony tylko na północy i przeważnie tylko przez somalijską mniejszość. Można go upiec na rożnie i wtedy smakuje trochę jak baranina. Je się do z ryżem zabarwionym szafranem, albo ze... spaghetti (Somalia była przez lata kolonią włoską). Można też z niego zrobić bardzo dobry rosół - jest trochę tłusty, ale na pustyni wyborny. Dodaje się do niego chilli i zakrapla cytryną. 

Jeśli żadne z tych dań nie przypadło Wam do gustu, bez obaw! W Nairobi można zjeść w wielu znakomitych restauracjach, serwujących dania niemal każdego kraju. Moje ulubione restauracje w Nairobi możecie znaleźć tutaj. Mniejszość hinduska, o której możecie poczytać tutaj, ma znakomitą indyjską kuchnię i wielu miejscach można zjeść wyborne curry.

wtorek, 15 października 2013

Sumy w Somalii


Somalia słusznie utożsamiana jest z pustynnymi bezkresami, po których włóczą się tylko wielbłądy i niebezpieczni mężczyźni z kałasznikowami. Większość kraju rzeczywiscie tak wygląda: bezwodna, nieurodzajna, niebezpieczna. Ale na południowym zachodzie rozpościera sie inna kraina – wciąż niebezpieczna, ale zielona i żyzna. To inna twarz Somalii, której często trudno się dopatrzyć pomiędzy obrazkami piractwa, przemocy, suszy i głodu, jakie serwują nam media. Dzień islamskiego święta dziękczynienia i ofiary, Eid al Adha, to dobry moment, aby przyjerzeć się tej innej, nieznanej Somalii…. oraz jej sumom.

Tego dnia w Dolow, jak wszędzie indziej w muzułmańskim świecie, muezzini wyjątkowo energicznie nawoływali wiernych do modlitwy już od świtu. Zamiast jednak podążyć do swoich zwyczajowych meczetów, mieszkańcy tego małego, nadrzecznego miasteczka zebrali się razem na wzgórzu ponad miastem, aby wspólną modlitwą uczcić wyjątkowy dzień – Eid al Adha – Święto Ofiary Abrahama, który w imię posłuszeństwa Allahowi gotowy był poświęcić swego jedynego syna, Izmaela.

Dla Somalijczyków Eid al Adha to jak dla nas Boże Narodzenie. Nikt nie pracuje, a zakurzone uliczki, normalnie gwarne i tłoczne, są zupełnie puste do południa, kiedy to wraca się z modlitw. Dziś jest ten jeden dzień w roku kiedy wypada sprawić sobie nowe ubranie – niemal każdy mężczyzna, kobieta i dziecko odziany jest kolorowo w strój prosto od krawca. Dla wielu będzie to odzienie na cały następny rok. Dzieci dostają także prezenty – dziewczynki słodycze a chłopcy… pistolety-zabawki, których wystrzały płoszą wszędobylskie osiołki i nerwowych cudzoziemców.

Somalijski 'mzee' pod czerwonym dachem chaty
Oczwiście, święto nie byłoby świętem, gdyby nie towarzyszyła mu uczta. Każda rodzina, która może sobie na to pozwolić, kupuje tego dnia owcę lub kozę do zarżnięcia. Ci, którzy nie mają na to środków, mogą liczyć na zakat – jałmużnę, która jest jednym z filarów Islamu i która nakazuje, zwłaszcza podczas Ramadanu i w ten dzień, dzielić się jedzeniem z ubogimi. Tradycyjnej kozie lub owcy towarzyszy…spaghetti – poza mięsem najważniejszy składnik diety Somalijczyków. Nigdzie w regionie się tego nie je, ale Somalia była przez wiele lat włoską kolonią. Starzy Somalijczycy w Mogadishu wciąż mówią ze swadą w tym pięknym języku. Młodszym z kolonialnej historii pozostał już tylko makaron.

Somalia pojawiła się w prasowych nagłówkach w 2011 roku z powodu głodu i suszy, która nawiedziła region i według różnych oszacowań dotknęła 9 milionów ludzi i zabiła od 50 do 260 tysięcy w całym Rogu Afryki. Susza spowodowana była przez wyjątkowo intensywne oddziaływanie prądu El Nina na Pacyfiku – przez dwa lata w Somalii opady w porze deszczowej były wyjątkowo skąpe. Ale do katastrofalnej sytuacji humanitarnej przyczyniło się przede wszystkim to, że większość kraju pogrążona była w konflikcie zbrojnym i kontrolowana przez fundamentalną islamską organizację Al Shabaab, która terroryzowała ludność utrudniając rolnictwo, handel i migrację.

Somalia nie musi być biedna i głodna. Większość klęsk głodu, tak jak te które nawiedzały Etiopię w latach osiemdziesiątych i przyczyniły się do popularyzacji ‘mitu’ o wiecznie głodującej Afryce i sławy Boba Geldofa, nie jest spowodowana przez suszę i brak żywności w kraju tylko przez złą wolę lub niekompetencję władz. W przypadku Etiopii wojskowa junta celowo wykorzystała suszę do podporządkowania sobie niesubordynowanych części kraju. W Somalii, wojna i islamscy fundamentalisci uniemożliwili transport jedzenia lub migrację ludzi – rozwiązania, dzięki którym Somalijczycy od wieków radzili sobie z suszami nawiedzającymi ich co parę lat.

Ta ‘nieurodzajna’ Somalia od lat produkuje ponad 40 procent żywności potrzebnej do rodzimej konsumpcji (dla porównania Wielka Brytania produkuje 60 procent).  Na półpustynnej północy hodowane są kozy, owce i wielbłądy, które milionami sztuk wywożone są do Arabii Saudyjskiej na eksport. Na południu, dzięki dwóm rzekom wypywającym z sąsiadującej z Somalią Etiopii – Jubbie i Shabele, można w okolicach Dolow uprawiać zboża, cebulę, pomidory – a także banany i melony z których Somalia w regionie słynie.

Żołnierz patrolujący przygraniczne pola
Wciąż jednak dwie przeszkody stoją na drodze intensyfikacji produkcji i wyciągnięcia Somalii z kręgu głodu i niemocy. Pierwsza to nieustający brak poczucia bezpieczeństwa. Dolow, dzięki temu że kontrolowane jest przez jeden klan i leży na granicy z Etiopią jest wyjątkowo spokojne ale reszta urodzajnego międzyrzecza jest wciąż kontrolowana przez Al Shabaab. Dopóki centralny rząd nie przejmie kontroli nad całym krajem – a nie tylko stolicą Mogadishu – trudno będzie o inwestycje potrzebne do rozwoju rolnictwa i transportowej infrastruktury.

Drugi problem, spowodowany przez Zachód, paradoksalnie, trudniej będzie rozwiązać. Susza ściągnęła do Somalii setki organizacji pomocowych, z których naczelną jest UN WFP (Światowy Program Żywnościowy ONZ), zajmująca się dystrybucją żywności. Ta organizacja ma jeden z największych budżetów ze wszystkich organizacji ONZetowskich i jej naczelną misją jest znalezienie ‘rynku zbytu’ dla amerykańskich subsydiowanych rolników, od których kupuje prawie wszystką żywność, którą rozdaje. W czasie prawdziwego kryzysu praca WFP jest nieoceniona. W sytuacji w jakiej obecnie znajduje się Somalia jej działaność katastrofalnie rozregulowuje rynek żywności – dlaczego rolnicy mieliby produkować żywność jeśli mogą dostać ją za darmo? Zalew jedzenia obniża ceny żywności, której rolnikom nie opłaca się produkować na rodzimy rynek. To, co dzieje się z ONZtowską żywnością nawet podczas suszy wybitnie opisała moja koleżanka w tym artykule.

Jednym z projektów, który ma na celu uniknięcie takiego scenariusza i wykorzystanie potencjału rolniczego Somalii, jest akcja innej ONZetowskiej agencji ds żywienia i rolnictwa (UN FAO), która ma na celu popularyzację ryb w Somalii. Somalijczycy, mimo tego że mają najdłuższą linię brzegową w całej Afryce i słyną ze zdolnych marynarzy (czyt. piratów), jedzą najmniej ryb i owoców morza na mieszkańca w Afryce, tylko 2.4kg rocznie. Homary, w która obfitują ich wody przybrzeżne (tak jak i w rekiny), łowione są tylko na eksport i szybko wysyłane do luksusowych hoteli w Dubaju i Arabii Saudyjskiej. Sami Somalijczycy brzydzą się ryb i ich nie jedzą. Takie zwyczaje rozpowszechnione są w Afryce, gdzie wiele plemion nie uznaje jedzenia zwierząt bez czterech nóg – ryb czy ptaków.

Pracownik FAO uczy chłopca jak zakładać robaka na haczyk
Agencja dosłownie potraktowała angielskie przysłowie 'give a man a fish and you feed him for a day; teach him to fish and you feed him for a lifetime' i w Dolow rozpoczęła pilotażowy program, który ma na celu nauczenie Somalijczyków, że ryby są zdrowe, smaczne i łatwe do pozyskania. Rzeki Jubba i Shabelle obfitują w sumy i ocenia się że każdego roku można by odłowiać 2000 ton tych wąsatych ryb. Popularyzacja rybołóstwa mogłaby nie tylko zapewnić łatwy dostęp do jedzenia dla tysięcy niedożywionych Somalijczyków ale także dać zatrudnienie setkom ludzi żyjącym wzdłuż rzek i rozwinąć nową gałąź przemysłu eksportowego – Etiopczycy bardzo lubią ryby i byliby dobrym rynkiem zbytu dla sąsiedniej Somalii.


Na razie projekt jest w stadium pilotażowym i jak większość przedsięwzięć ONZtu rusza powoli i z problemami. Ale być może w przyszłym roku mieszkańcy nadrzecznego Dolow będą świętowali Eid al Adha ze swiątecznym karpiem, znaczy się sumem, na stole.

O mnie

Moje zdjęcie
I'm a graduate of politics and African Affairs, a freelance writer and film-maker, currently based and roving in East Africa.